Freelancer a etat
on sty24 2012Tym razem pole do popisu oddaje koleżance (która pozazdrościła mi małej blogowej popularności). Poruszany temat wpisu to różnice między pracą na etacie a byciem freelancerem. Niby różnice znane każdemu, ale czasem warto sobie odświeżyć wiedzę, prawda? Zwłaszcza że czasami w wirze pracy i ja się zapominam, pracując od 8 do 16 jak trybiki w zegarku, a potem zarządzając sobie wolne. Dlatego poniżej przedstawiamy ogólne porównanie w pięciu najważniejszych dziedzinach łączących i jednocześnie dzielących pracę freelancera z pracą osoby na etacie.
W swoim wpisie postaram się zachować obiektywizm, chociaż dla mnie nie istnieje nic lepszego niż freelancing, nawet jeśli wiąże się on czasami z pewnymi trudnościami czy niedogodnościami. Za bardzo cenię sobie swobodę (i brak dodatkowych nadgodzin w pracy :D).
Zarobki
Przyznam szczerze, że pod tym względem w pewnych kwestiach lepiej wygląda praca na etacie, ponieważ mamy wtedy zawsze gwarantowany jakiś przychód. Niezależnie od tego, czy pracowaliśmy cały miesiąc czy jakiś czas byliśmy na urlopie/zwolnieniu, na nasze konto wpłynie upragniona pensja. Z drugiej strony nie zawsze jej wysokość będzie zadowalająca czy wystarczająca, aby pokryć nasze obecne zobowiązania.
Praca jako freelancer niesie tutaj pewne zagrożenia – z jednej strony nierzadko można zarobić o wiele więcej niż na etacie, zwłaszcza gdy ma się stałych klientów ze stałymi zleceniami. Z drugiej strony zawsze istnieje ryzyko, że w danym miesiącu zleceń będzie mniej lub będą one na jakieś małe kwoty, które nie wystarczą na opłaty czy zakup podstawowych produktów. Dlatego każdy freelancer powinien prowadzić osobne konto do oszczędności, z których będzie korzystał w przypadku trudnych miesięcy z małą ilością zleceń. Ja sama wyznaję prostą zasadę – jeśli się starasz, jeśli szanujesz klientów i jeśli wykonujesz swoją pracę rzetelnie, to nigdy nie znajdziesz się w sytuacji, w której trzeba będzie sięgnąć po oszczędności. Dlatego jako freelancer tak naprawdę zarabiam tyle, ile chcę zarobić, a nie tyle, ile wyznacza mi umowa z pracodawcą zatrudniającym mnie na etat, gdzie wykonuję więcej zadań za mniejszą cenę.
Czas pracy
Całkowicie nienormowany. NIE-NO-RMO-WA-NY. Wstaję o 13, jem śniadanie (mimo że to pewnie strasznie niezdrowo), zabieram się za napisanie kilku tekstów, potem sobie odpocznę, obejrzę jakiegoś meksykańskiego tasiemca, znów trochę napiszę. Czasem zabiorę laptopa w podróż pociągiem, czasem postukam trochę w klawiaturę siedząc z tyłu w samochodzie. Pracuję kiedy chcę, gdzie chcę i jak chcę. Nikt nie stoi mi nad głową z zegarkiem i nikt nie dyszy na mnie, gdy spóźnię się dwie minuty do pracy lub gdy chcę wyjść wcześniej. Bez problemu załatwię cobie zakupy, sprawy w urzędach, mam nawet czas, aby stać na poczcie z awizo (bo przecież listonosz nie zada sobie trudu, by zapukać do drzwi). Mogę prowadzić tak niezdrowy i tak nieregularny tryb życia, na jaki mam tylko ochotę – i starcza mi czasu na bieganie czy chodzenie rankami do kina (bo są zniżki :D). Mogę odebrać dziecko z przedszkola lub zostać z nim w domu, gdy jest chore – bez konieczności błagania szefa o dzień wolnego, aby w ogóle zaprowadzić je do lekarza (i stać 4h w kolejce).
A w przypadku etatu? Życie jest unormowane, regularne, NUDNE. Wszystko jest do przewidzenia – wstać o szóstej, przygotować się, zapakować do samochodu, uśmiechnąć do szefa, chociaż najchętniej leżałoby się w ciepłym wyrku z jakąś ciekawą książką. Odbębnić 8h harówki starając się wykonywać rzetelnie swoje obowiązki, przy czym ostatnie 2h spędzić na modlitwach, aby wreszcie była ta 15 czy 16.
Klienci
Tutaj ma zastosowanie coś w rodzaju selekcji naturalnej – jeśli pracujemy na etacie, nie mamy styczności z klientem i użerają się z nim (jeśli jest upierdliwy, nieznośny i sam nie wie, czego chce) spece z BOKU (bez podtekstów). Naszym zadaniem jest tylko napisać tych kilkanaście, dziesiąt, set precli i oddać je na ręce zleceniodawcy. Z drugiej strony pracując jako freelancer jesteśmy narażeni na różnego rodzaju dziwne sytuacje a nawet wyzwiska (klient w moim wypadku nie zrozumiał, że za 2zł nie stworzę mu tekstu na stronę www i dzięki poznałam swoje biologiczne pochodzenie i wiem, jak prowadziła się moja matka). Mamy jednak możliwość poznania wspaniałych ludzi, możemy indywidualnie pracować na swoją markę i reputację, klientów znamy z imienia i nazwiska (w większości), zaś w chwilach nudy zawsze można podejrzeć ich na serwisach społecznościowych… No dobra, troszkę przesadzam, ale czasami trudno się oprzeć chęci sprawdzenia, z kim tak naprawdę współpracujemy.
Elastyczność
Ooo, to zdecydowanie mój ulubiony argumenty mówiący za tym, że bycie frelancerem jest wręcz doskonałe w samej swojej istocie. No ale skoro ma być porównanie, to niech będzie porównanie. Po pierwsze w pracy na etacie mamy różnego rodzaju obostrzenia, regulaminy, zasady, a przede wszystkim stojącego nam nad głową szefa, którego chyba jedyny zajęciem, za jakie bierze tysiące złotych, jest dręczenie pracowników i zmuszanie ich do nieefektywnej pracy. Nieefektywnej, bo nie da się po prostu nazwać inaczej sytuacji, w której wstajemy o 6 rano, jedziemy na 8 do biura, siadamy przed komputerem i przez 7 lub osiem godzin piszemy w kółko o tym samym. Fakt – może pierwsze 30 tekstów będzie w miarę sensownych, ale co z resztą? Czy klient wróci do firmy i będzie zamawiał więcej tekstów, jeśli dostanie artykuły wyprute z jakiegokolwiek sensu, taki poetycki badziew ze słowami kluczowymi? Mało tego – pracując w firmie raczej nie mamy większego kontaktu z klientami, zlecenia dostajemy odgórnie i nawet w sumie nie wiemy dla kogo tak właściwie wykonujemy daną paczkę tekstów o depilacji, a kto zamówił artykuły o mechaniku samolotowym.
Natomiast freelancer, no, tu jest ogromne pole do popisu… Zacznijmy od tego, że elastyczność zaczyna się już w kwestii wstawania o dowolnej porze dnia (lub nocy) i pisania tekstów wtedy, gdy czujemy się na siłach. Bo przecież tworzenie artykułu „z musu” będzie mało skuteczne, a co więcej, okaże się zwykłym oszustwem wobec klienta. Klienta, z którym mamy bezpośredni kontakt, z którym od razu, bez pośredników, ustalamy wszystkie szczegóły i z którym możemy negocjować stawkę. A co najważniejsze, wszystko trafia do naszej kieszeni, z pominięciem konta firmy lub naszego szefa. Sami pracujemy na swoją markę – wykonując dobrze zlecenie to my jako osoba jesteśmy doceniani i polecani dalej a nie firma która często „jedzie” na wizerunku swoich pracowników.
Emerytura i ubezpieczenie
To chyba najbardziej wrażliwy element w pracy każdego freelancera. Sama przestałam już nawet marzyć o tym, że będę dostawała jakąkolwiek emeryturę (nie mówiąc już o takiej, która pozwoli mi na starość godnie żyć czy obdarować wnuki prezentami), więc problem odkładania na nią składek kompletnie mnie nie interesuje. Dla wielu osób ma jednak znaczenie fakt, że pewien procent ich pensji przeznaczany jest na przyszłościową inwestycje, jaką jest emerytura. I nie interesuje ich zbytnio sytuacja naszego ZUSu, który prawdopodobnie za kilka/naście lat po prostu przestanie istnieć. Dla nich najważniejszym faktem jest to, że mają (nawet moim zdaniem wyprute z jakiegokolwiek sensu) poczucie bezpieczeństwa. Chociaż sama nie wiem, jak bezpiecznym planem przyszłościowym można nazwać (ewentualną) emeryturę w wysokości około 500zł.
W przypadku etatu mamy więc do czynienia z automatycznym odkładaniem pieniędzy na emeryturę – w przypadku freelancingu trzeba się samemu zatroszczyć o swoją przyszłość i oszczędzać indywidualnie. To samo tyczy się też kwestii różnych ubezpieczeń (przede wszystkim zdrowotnego). Pracownik na etacie ma odprowadzane na ten cel składki – freelancer ponownie musi się wszystkim zająć sam i albo w ogóle zrezygnować z ubezpieczenia, licząc że nie będzie chorował (co patrząc na dzisiejszą służbę zdrowia jest nawet rozsądnym rozwiązaniem) lub wykupić pakiety ubezpieczeniowe w zewnętrznych firmach.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że różnic jest więcej i dotykają one różnych sfer. Tutaj poruszyłam jedynie moim zdaniem najważniejsze. Poza tym wcale nie zazdroszczę Koledze sławy, sam mnie namówił do wpisu, bo jemu się nie chciało (i chyba już kilka razy wspominał tu o swoim lenistwie) ;p